jeden telefon, a znaczy tak wiele...
Od wczoraj jest mi ciężko i ciągle chce mi się ryczeć. Kurde nawet napisać o tym jest mi ciężko.
Rok 2008 listopad -był już z nami nasz Drugi, zaczynał rosnąć sobie w środku. Rok 2008 październik- mieliśmy jeszcze zupełnie inne plany – adopcja. Po kolejnym spotkaniu w ośrodku – już piątym, wszystko odwróciło się o 180 stopni. Do tego właśnie piątego spotkania wszystko przebiegało sprawnie i miło, zostałoby nam jeszcze 2 czy 3 spotkania i czekalibyśmy na kwalifikacje,a potem na dziecko. Jaka ja byłam szczęśliwa na samą myśl, to wręcz nieprawdopodobne. Jak się okazało na tym ostatnim spotkaniu mielibyśmy czekać dłużej niż inne pary. My nie cierpieliśmy na bezpłodność, a o naszych wadach w genach nie mieliśmy jeszcze pojęcia, dlatego bylibyśmy na końcu kolejki. Jakoś tak pani psycholog przekazała tę informację, że nas mocno zniechęciła. Generalnie sprawiała wrażenie, że jej się nie podobamy, nie podobała jej się nasza motywacja, ona nie rozumiała w ogóle jak możemy chcieć adoptować skoro możemy mieć swoje dzieci. Wyraźnie chciała nas zniechęcić, nawet swoim sposobem patrzenia na nas. Prawda jest taka, że dzieci przeznaczonych do adopcji jest mniej, niż par oczekujących. Wiedziałam o tym, ale dopiero po jej słowach poczułam się jak intruz, który wepchnie się komuś w kolejkę. Niestety.
Na drugi dzień po tym spotkaniu w OA miałam wizytę u ginekologa, w poczekalni kolejeczka jak zwykle, same ciężarne kobiety. Włączyło mi się światełko, a może faktycznie powinniśmy postarać się o swoje dziecko?? Światełko nie chciało zgasnąć przez kilka dni, potem zapaliło się jeszcze bardziej, bo wlazłam na forum ciężarnych kobiet, rozpaliło się wręcz do czerwoności. Hormony zrobiły swoje, postanowiliśmy działać do końca roku (dwa cykle) i zdać się na los. Niestety.
I tutaj moje myśli krążą jak opętane, bo ja tego zwyczajnie pojąć nie mogę. Los, przeznaczenie, przypadek? spowodował, że powołaliśmy do życia chore dziecko. Tak chore, że nie mogło z nami pozostać. Mój M. zastanawiał się czy to nie kara za to, że chcieliśmy adoptować? Ja z kolei zastanawiałam się przez chwile czy to dlatego, że zrezygnowaliśmy z adopcji?
Wracając do telefonu. Wczoraj zadzwoniła ta pani psycholog z OA po roku czasu z pytaniem czy coś się zmieniło w naszej motywacji. Tyle razy miałam ochotę do niej zadzwonić i zapytać, wykrzyczeć jej prosto w twarz: czy teraz nie będziemy już na końcu kolejki skoro każde nasze dziecko może się urodzić ciężko chore, czy teraz podobałaby się jej nasza motywacja... nie zrobiłam tego oczywiście... nie zapytałam jej też o to wczoraj, ale nie dlatego jest mi ciężko od tego telefonu...
wtorek, 26 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz